W pokoju panował silny zaduch. Słoneczne promienie odbijały się od chmary dymu, który wydostawał się z sinych ust staruszka. Choć właściwie, nie był on aż tak stary, jak wyglądał. Lata ciężkiej pracy odcisnęły się na jego wyglądzie. Podobnie jak skórzany, musztardowy fotel z okropnymi zdobieniami. Odkształcił się przez te wszystkie lata w idealną figurę ciała. Nikt, prócz Pedro na nim nie siadał. Nie tylko z czystego, zawodowego szacunku, ale i również przez to, że wcale nie był wygodny. Sprężyny wbijały się w kość ogonową pogłębiając tylko wadę kręgosłupa. W miejscu, gdzie spoczywały lędźwie wytarły się szerokie dziury. Ten mebel nie był użyteczny za czasów świetności biura detektywistycznego jak i dzisiaj, za czasów o wiele gorszych. Gdzie nikt już nie doceniał jego kunsztu. Jedyna spuścizna jaką po sobie pozostawił to całkiem czyste, bordowe ściany i niekompetentny syn. A więc rozsiadł się jeszcze bardziej, zarzucając stopy z wypolerowanymi butami na biurko. Zapalił kolejnego papierosa, choć doskonale wiedział, że w jego popielniczce nic się już nie zmieści.
— Słońce dzisiaj wyjątkowo wcześnie wyszło — zaskoczył go kobiecy głos.
Zanim zdążył skierować swój wzrok na drzwi, to kobieta już je zamykała. Ubrana była w szarą garsonkę. Bujne loki schludnie upięła nad karkiem. Dodatkiem do jej idealnego wyglądu był uśmiech z pewnością cieplejszy od wrześniowego słońca.
— Co robisz tu tak wcześnie? — Spytała przyglądając się staruszkowi. Przysiadła w końcu biodrem o kant biurka, zmuszając go, żeby opuścił buty na ziemię. Pedro zrobił to z niemałym prychnięciem zbuntowanego nastolatka. Pięćdziesiąt lat to wcale nie jest odpowiedni wiek, aby spoważnieć.
— Przecież to moje biuro — odpowiedział sucho.
— Pedro — spojrzała na niego jak na zbitego szczeniaka.
Właściwie to wyglądał własnie tak. Jak zbite zwierzę. Jak część układanki, która choć jest potrzebna, to niezbyt istotna, bo nie reprezentująca czegoś szczególnego. On przecież uwielbiał układanki.
— Zastanawiałem się... po co to wszystko? Dla pieniędzy?
— Sądziłam, że... że pomagasz ludziom — kobieta westchnęła ciężko. — Tak nie jest?
— Rachel! Na nie-miłość boską! Pomaganie ludziom? Ludzie już dawno przestali korzystać z moich usług...
— Przecież mamy klientów!
— Jakich klientów? Wyuzdane kobiety, które nie mają co robić z pieniędzmi, więc sprawdzają do którego tym razem burdelu ich mąż poszedł?
— Pedro!
— Albo rodzice, którzy nie umieją upilnować bachorów, którzy jebią się, chleją i ćpają za rogiem! Rachel, pomyśl nim coś wycedzisz.
— To komu chciałbyś pomagać? Żądasz morderstwa? To nie na miejscu... to chyba dobrze, że... Policja i tak ma pełne ręce roboty.
— Policja. Tak. Ta szmata, Whitney.
— Pedro, do cholery! — Rachel spojrzała na niego z grozą w taki sposób, że Pedro ugiął się pod swoim niemałym ciężarem i spojrzał na podłogę z natychmiastową skruchą.
— Znaczy... moja była żona, Whitney.
Rachel zatrzepotała teatralnie rzęsami i wstała, podchodząc do okna. Obśliniła kciuk i próbowała wytrzeć szybę, która zabrudzona została przez nierozpoznaną substancję.
— Wiecznie młody Pedro utrzymał się w świetności tylko dzięki temu, że posiada niewyobrażalne szczęście.
— W sensie, że mój syn? On mi do niczego nie jest przydatny, Lepiej sprawdza się przy nalewaniu kawy niźli do detektywistycznego życia... — westchnął gasząc papierosa. Mimowolnie posmutniał, choć ciężko było odczytać to ze zmarszczek wyrytych na jego twarzy.
— Nigdy nie chciał tu pracować. Robił to... Robi to — Rachel poprawiła się natychmiastowo — dla ciebie.
— Co masz na myśli przez "robił to"? Chcesz mi powiedzieć, że ten szczeniak złożył wypowiedzenie własnemu ojcu?!
Pedro podskoczył z fotela, choć wiele kosztowało to jego starawe kości. Rachel tymczasem załamała ręce i ukryła w nich posiniałą ze złości twarz.
— Pewnie do policji... do matki! — Mężczyzna wstał i zaczął nerwową wędrówkę od drzwi do biurka bez ustanku — Czasem coś "dyskretnie" wspominał przy śniadaniu... Ale ja udawałem, że nic nie słyszę. Starość to najlepsza wymówka... Co za niewdzięczny bachor!
— Jak ja... a tym bardziej on, tyle z tobą wytrzymał! Och! Ale ja nie o tym...
— A o czym niby? Nie mów mi, że idziesz na macierzyński! Kto jak to, ale TY?
Rachel przysiadła tym razem na parapecie, spoglądając to na zaniedbanego Pedro, to na zaniedbanego biurko. Lepszych widoków w pomieszczeniu niestety nie odnalazła.
— Hayley Gaham.
— To ta dziewczynka, której rodzice zlecili nam jej odnalezienie?
— Ma dziewiętnaście lat i odnaleźliśmy ją miesiąc temu.
— Więc czego jeszcze chce? — Pedro wrócił do wygrzanego fotela. Rozsiadł się na nim jakby była to najlepsza rzecz, jaka miała go dzisiaj spotkać. A jednak się mylił. Było coś lepszego.
— Zadzwoniła do mnie, jako, że nie ufa policji. Dlaczego miałaby ufać, swoją drogą...
— Do rzeczy Rachel, mam pełno roboty — powiedział odpalając kolejnego papierosa.
— Z pewnością pełno roboty — kobieta wywróciła oczami. — W każdym razie... Sugerowała, że chyba ktoś opuścił mieszkanie jej sąsiadów. Niedomknięte drzwi, smród i... ciągła cisza. Co według niej jest dość podejrzane dla tych sąsiadów.
— Smród? Przecież mieszka w patologicznej dzielnicy.
— Och, a jednak pamiętasz Hayley Gaham? Co za niespodzianka! Właśnie ze względu na dzielnicę nikt nie zainteresował się sąsiadami. A ja zastanawiam się, czy zgłosić to na policję, czy może.. pozwolić ci się rozejrzeć. Bo smród był raczej charakterystyczny dla... rozkładającego się ciała.
Zmysł detektywistyczny Pedro się uruchomił. Jego oczy zalśniły iskierką ciekawości, choć jego głos wciąż wydawał się niepewny. Nie chciał zdradzać swoich uczuć na marne.
— I jesteś pewna, że to nie jakaś staruszka... Tak ze starości? Tak po prostu?
— Mieszkała tam samotna matka z córką.
Pedro wyrwał się z fotela, co dwa razy w ciągu dnia mu się nie zdarza - i upuścił nawet papierosa na znak nieokiełznanej radości.
— Dzwoń do mojego ukochanego syna i... jedziemy, Rachel! Jedziemy!